piątek, 7 marca 2014

Pierwszy dzień w Zakopanem

Jak było mówione, dzisiaj wyjechaliśmy do Zakopca na pożegnanie sezonu narciarskiego. Po raz pierwszy od..ho,ho,  nastu już lat nie Krynica, a Zakopane zostało wybrane na końcowe jazdy. Powody są dwa :
1. brak śniegu w Krynicy,
2. zamknięty "Pan Tadeusz".
No, i to są powody W Pełni Wystarczające.
Rano krótkie pakowanie (zawsze się krótko pakuję, a potem patrzę, czego zapomniałem. Tym razem padło na koszulę, w której chciałem wychodzić wieczorami na Krupówki. Nic to, będę chodził w koszulce termoaktywnej...), narty na dach i gdzieś tak po 10. Ruszyliśmy. W drodze, ku memu utrapieniu najpierw słuchamy piosenek z Bonda (setny raz...) i cholernego "Made in France" (sto pierwszy). Do nowej Lady Gagi dopchałem się dopiero pod koniec drogi ale taka denna, że po czterech numerach zmieniłem na świetny "Cannibal" Keshy.
Droga spokojna, na wysokości Poronina zatrzymaliśmy się w lokalu "u Gazdy" - ja flaki, Aga żurek, Ania frytki z serem, no i koło 13.30 zatrzymaliśmy się w Hotelu "Patria".
Pokój mamy nowy, inny niż w grudniu, mnie się nawet bardziej podoba, bo więcej miejsca.
Po 14.0 my z Agą pojechaliśmy na  Polanę Szymoszkową (Anka została, jak powiedziała, "popatrzeć na Tatry". Ciekawe, od kiedy jej iPad nazywa się "Tatry"...).
Ludzi prawie nie było, ale warunki dość ciężkie. Śnieg ciapraty, pomuldzony (ale tak na miękko, jak to sztuczny), wywrotny. Jak przejdziesz mocniej na kanty, to Cię rwie, a nartami ciepie, jak bardziej płasko, to z kolei taki tępy ślizg z tego wychodzi...no, ale w sumie tak gdzieś do 17.00 pojeździliśmy, nawet nieco się zjeździwszy (no bo warunki takie w sam raz do ciężkiej gimnastyki). Komentowaliśmy to oboje z Agatą, żeśmy jeszcze tak tej zimy nie naharowali na nartach.
Nieco zmęczenia w mięśniach i spory haust świeżego powietrza wystarczyły (z mała pomocą kusztyczka Soplicy Wiśniowej) do krótkiej drzemki, po niej zaś zebraliśmy się i pobiegli na Krupówki do "Dobrej Kaszy Naszej" na kolację.
Ja tym razem miałem karmelizowane jabłka z kiełbasą, Ania szynkę z jajkiem sadzonym, Aga zaś kurczaka curry. Moje i Ani perfekt, Agi trochę mniej (bo to curry do kaszy nie sawsiom pasuje).
Wracamy, wieczorkiem jeszcze po dziobie wisniówy, odcinek "Czterech Pancernych" i możemy spać. Jutro kolejny dzień.

czwartek, 6 marca 2014

Jeden

Hm (napisałem)

Blog. Czy ja potrzebuję bloga ? Co to w ogóle jest "blog" ?
Zasadniczo od dawna noszę się z zamiarem choćby minimalnego prowadzenia codziennych notatek (no, nie napiszę "pamiętnika" choć powinienem), ale żeby bloga ?
No i sobie pomyślalem, że taki "blog" to może być narzędzie do prowadzenia tychże "codziennych notatek". Na dowolny temat. W dowolnej formie. Tak, jak uznam za właściwe. Tyle, że, przeciwnie do prywatnych notatek, blog poniekad jest publiczny. Zatem co z ewentualną opinia osób trzecich ???
Po pierwsze - nie widzę powodów, zeby ktokolwiek się mi pchał na bloga. Więcej dzis ludzi blogi pisuje, niż czyta :-D. Wątpię, by kogokolwiek tutaj przywiały jakieś nocne wichry.
Po drugie - moja naczelna zasada - "f**k it". Jeśli się przypadkowemu przechodniowi spodoba - OK, jeśli jednak nie, to trudno  - "f**k it".

I to tyle tytułem wstępu.

A co do treści pierwszego dnia, to nic nadzwyczajnego.
Jak każdego dnia - do pracy (po drodze w samochodzie DISSECTION  - Storm Of Light's Bane), w pracy, obok nudnego haratania, o którym ani słowa, dokończenie fascynującej historii BEKSIŃSKICH (Portet podwójny). Mocno mnie ta książka poruszyła. Zaskakującym podobieństwem mego charakteru z Beksińskim seniorem (żebym jeszcze miał krztynę Jego talentu, na jakiejkolwiek niwie...), niezwykłymi kolejami ich życia, tragicznym końcem...muszę sobie poprzemyślać to i owo, pewnie też coś napiszę w liście do Ani D., a może też do Nikki.
Dzwoniłem do rodziców - u Taty żadnej trwałej poprawy :-(, dalej Go bolą te plecy. Żeby już było wiadomo co to, i żeby to nie było nic poważnego, i żeby szybko dało się poprawić...
Rodzice byli u nas po południu, wracając z tomografu, Tata wesoły i w niezłej formie. Pogadaliśmy chwilę.
Aha, przyszły  - Things To Come (tj "Rok 2000" film SF z 1936) i debiutancki album norweskiego Hadesa. Zamówiłem zaraz Gorgorotha "Antichrist", a z filmów takie sf  z 2010 z Samuelem Jacksonem - "Bez Reguł".
Wieczorem dałem sobie CARNIVORE - Retaliation. Niezłe, taki miszung hardcore punka, heavy (Sabbath/Motorhead) i thrash metalu. Młodziutki Piotruś S. ryczy jak opętany na początkku niesławny "Jack Daniels And Pizza", w środku niesławny "Jesus Hitler". Szybko mineło ćwierć wieku od tego, jak Bomba mnie tym Karniworem uraczył po raz pierwszy.
Kąpiółka i już jest późny wieczór. A jutro skoro świt do Zakopca na nartki !
Na noc puszczę sobie "Bahia Esmeralda" Wujka Jessa - bom jeszcze nie widział, ale jak siebie znam, to zasnę.
Aha, przeczytałem też jedno opowiadanie Agnieszki Hałas z Jej "piekielnego" tomu opowiadań - "Dwa Księzyce", ale liche dość, znowu przesentymentalizowane. Podoba mi się u niej scenografia piekła, no ale same opowiadania - mocno przeciętne (świetna była tylko miniatura z malarzem). Może dalej będzie ciekawiej. W końcu pisać to charande potrafi.
Idę na tego Franco - jeszcze se browara strzelę na spanie.
I szlus - pierwsza notka redy ;-/