poniedziałek, 10 marca 2014

Ostatni Dzień W Zakopanem. Powrót.

Ostatni dzień CHOLERA !!! Pieprzony Evernote daje i odbiera możliwość pisania litery "ń". Nie wiem, jakim cudem napisałem poprzednie 4 posty, ale teraz najwyraźniej cóś pieprzło egen i ni chu chu nie potrafiłem zae"ń"ować. Zatem wypierdoliłem Evernota w pizdu (że tak koszarowo to ujmę).
Ponownie :
Ostatni dzień pobytu. Znowu spaliśmy świetnie, zatem pobudka ok. 8.00, śniadanie (zbyt, znowu, obfite : jajecznica, pieczona kiełbaska, salceson, gomułka twarożku z rzodkiewką, chleb i kawa, a nadto pyszny racuch) i, pozostawiwszy Anię w hotelu (później pójdzie na Krupówki na zakupy i deser) pojechaliśmy. Zeźleni wczorajszymi manewrami z blokowaniem tras, zamiast do Jurgowa wybraliśmy Kotelnicę Białczańską (uznałem, że w poniedziałek to już te dzikie tłumy przewalą się, i miałem rację).
Dojechaliśmy widokową trasą na Łysą Polanę, miejsce tuż obok kas znaleźliśmy, karnety dwugodzinne nabyliśmy (trzeba wracać do Ani no i zwalniać pokój hotelowy) i dawaj w górę.
Objechaliśmy po razie każdą trasę, stopniowo kierując się w kierunku najlepszej, FISowskiej czerwonej. Jak na złość ona też była zajęta - jacyś magicy ustawili sobie bramki i trenowali slalom. K-fak !
Nic to, i tak jest po czym jeździć. Śnieg, co typowe, ciapraty i umuldzony, tabuny na dodatek Ultra Beginnerów halsują po stoku z d... z tyłu, ale w sumie jeździło się zacnie.
Po kilku zjazdach postanowiliśmy przenieść się na "Pasieka Ekspress", zatem pognaliśmy na czerwoną (brązowo-czerwoną, żeby być szczerym). Tu umuldzenie okrutne, hordy leszczyków walczą o przeżycie zsuwając się wraz z resztą śniegu na dół, a tam najnieprzyjemniejsza niespodzianka. Takie tłumy, że do poczwórnej kolejki buła ludzi się ustawiła !
No, jak my mamy dwie godziny jazdy, to nie po to, żeby w bułach się gnieść, zatem w tył zwrot i natychmiast wróciliśmy na górę. I super, bo goście z FISowskiej zeszli, trasę otwarto, i godzinę mieliśmy super jeżdżenia na cały gaz, na kantach, po świetnych śniegu, prawie bez ludzi, jak te chomiki.
Uchachani, spoceni (ale nie z wysiłku, bo jazda lajtowa, tylko ze wściekłego upału - 19 stopni w słońcu, w cieniu pod 12 !), zakończyliśmy jazdy i sezon narciarski, kupiliśmy "węgierski kołacz" (jaj waniliowy, Aga cynamonowy) i wróciliśmy do Ani i hotelu.
Szybko zdaliśmy pokój, zapakowaliśmy graty do auta i pojechaliśmy do domu.
Droga gładka i przyjemna, przygrywało nam najpierw XIII Stoleti (Aga zaśmiewała  się z nieustannego "nosferatowania" w tekstach, ale muzyka zacna), a potem składak debest Ronniego Jamesa Dio. Za to GPS dostał piedolca. Straszył "zamknięciem A 4" ponad godzinnym staniem w korkach...nic takiego nie było ! Już rano, jak jechaliśmy do Białki, pierdolił jak potłuczony, durne objazdy planował, nieistniejące blokady widział...fak, do kitu takie"na bieżąco" przewidywanie ruchu.
Na tradycyjnym Orlenie walnęliśmy po MegaHotDogu i bez większych przygód (z mniejszych to Aga się okidała musztardą :-/) dotarliśmy do domu.
W chałupie zimno, 14 stopni (oszczędzamy gaz....kfak..) no i nic w lodówce, to po rozpakowaniu klamorów pojechałem na zakupy. Najpierw odebrałem płyty - WINDIR Arntor i ARCTURUS Aspera Hiems Symfonia, w Merlinie, potem tradycyjny zestaw w eko-sklepie, no i chleb i wędliny w Lewiatanu. Samochód chciałem umyć na Lukoilu, ale akurat jakiś scum se dostawczaka mył, to mnąc przekleństwa w zębach wróciłem do domu.
Agata udała się ze swoimi dziewczynami na fitness, ja wrzuciłem koncert BEHEMOTHA z Jekaterinburga (bonus z "Satanista"). Zagrali same klasyki, z naciskiem na wolniejsze, majestatyczne wałki, brzmienie przyzwoite, choć daleko mu do tego z "Evangelia Heretica", Jeszcze bełkotliwy i bo bólu pretensjonalny film "Satanist Oblivion" dorzuciłem, gdzie panowie bredzą jak połamani, chcąc mnie przekonać, jaka to świetna płyta (a po prostu nienajciekawsze miał Ner pomysły mucyczne, nadto obrazu porażki dopełniają boleśnie odchudzone gitary i wywalony na maksa do przodu bas, przez to dźwięk jest nieco rachityczny, "dziurawy").
Po powrocie Agaty, słuchając jednym uchem Jej opowieści o austriackim wyjeździe Bartków (jak zwykle "sobie dawali", bueee, to już jest nudne...) zakupiłem na Kindelka te dwa tomiszcza 100 reportaży na XX wiek, bo akurat 30 % upustu się w Nexto udało mi wyrwać via INGonline.
Zaskoczenie niemiłe, bowiem o ile sprawnie zamówiłem "Vynalez Skazy" (akurat przyszło pocztą "Bez Reguł"), o tyle kolejnych płyt blackowych już nie, bo Merlinowi znikł punkt na Barona w Tychach! Sakreble ! Kiedy indziej to wyjaśnię, póki co, zrezygnowałem z zakupu.
Temperatura wzrosła do 18 stopni, to wezmę kąpiel (może się nie przeziębię...:-P) i idę spać.
Miałem więcej pisać na blogu o pop-kulturze, skończyłem opowiadania piekielne Agnieszki Hałas i nic, ale najważniejsze to w ogóle pisać. Nad zawartością kontentu (wymiot) popracuję później....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz