Łoż fak, ale dzionek...
Po powrocie, nasączony jeszcze wieczorną kawą fusianką nie zasnąłem aż do 3.30 (kończyłem oglądając krótkiego, nieznośnie ramotowatego, Hitchcocka), jeszcze się w łóżku kręciłem, a tu o 7.00 mnie Agula budzi, żeby zakatarzoną Ankę do szkoły zawieźć.
Ledwo przytomny, bez śniadania, pojechałem z nią, potem jeszcze miałem dość czasu, żeby na BP umyć auto.
A w pracy już czekał Michał z iście paskudną wiadomością. Przegrałem "mój" proces o świadczenie wyrównawcze. No, nie spodziewałem się, napiszę szczerze. To najbardziej niesprawiedliwy wyrok, z jakim się zetknąłem.
Tak mnie siekło, że w sumie cały dzień nie potrafiłem się w sobie zebrać do konkretnej roboty, zatem tak się tylko z kąta w kąt miotałem, ze sześć fajek wykurzyłem, pogadałem o umowie CEE, porobiłem jakieś drobne bzduty na poczcie, przeczytałem dwa pierwsze reportaże z książki 100/XX (oba doskonałe, Brandysa z kampanii wrześniowej i niejakiego Bryły z wizyty w drugstorze w USA na początku XX wieku. Ale będzie frajda z tymi książkami. Super, że je kupiłem).
Na obiad z Pati, Anią i Benkiem. Ja filet w sosie pieprzowym (wyjątkowo smaczny) i kaszą.
Potem chwilę jeszcze czekałem po 17.00 (zacząłem opowiadanie Anny Brzezińskiej "Zaćmienie Serca" ale mnie nuży setnie, taki leniwy snuj fantasy...charande znacznie jednak lepsza), potem odebrałem Ankę z Jej Aliansu Franse i dawaj do domu, na pierwszy angielski.
Tutaj na początek konsternacja mała - Renia ma takie opory, że zerwała Agusiowe lekcje, no i Ziemniak został sam. Ja z Izą (lektorka), głównie o FC egzaminie gadałem. No, nie wiem, czy ona mi się podoba...Agulce zrobiłem, jak to ja, dobrą minę do gry, ale zobaczę, czy będzie między nami jakaś chemia...Jak w każdym razie zrobiłem sobie zadania z książki jednej, to dość masakrycznie wypadłem...szyt...
Wieczór cichy, obejrzeliśmy jeden odcinek "Gry O Tron 3", Aga poszła spać, ja se jeszcze chwilę poużywam. Jutro szpetny dzień w pracy, i na lepsze się nie zapowiada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz