sobota, 15 marca 2014

Tata chory ?

W dupie mam wszystko. Ledwnie zabrałem się do pisania, a tu taka strzała, że się odechcielwa wszystkiego.
Śpię tragicznie, po 3-4 godziny na dobę.
Rano na komisji na uczelni, potem byłem na ciekawym wykładzie Marka Belki nt terminu przystąpienia Polski do strefy euro.
Po wykładzie na uczelnię, nerwowa rozmowa z jednym ze świadków na środową rozprawę Kubickiej. Zarzuciła mi że jej ciśnienie strasznie podskoczyło, bo sugeruję jej, jak ma odpowiadać.
Tak mnie wkurwiła (kto komu łaskę robi? Toż ja prezentuję JEJ wyrok), że zrezygnowałem z telefonu do trzeciego świadka, napisałem opis stanu rozprawy SW dla Słąwka i pojechałem do rodziców.
Tata w dobrej formie i świetnym (zważywszy na okoliczności) samopoczuciu. Podziwiam Go.
Daje to dużą siłę Mamie i mnie też.
Posiedziałem, pogadaliśmy, obejrzeliśmy pierwszy dzień skoków na MS w lotach, wypiliśmy po kawie, zjadłem jajecznicę i pojechałem do domu.
Nic mi się nie chciał robić, coś jakby nieco pospałe,, ale tak nieświadomie, a potem leżałem bezsennie (momentami półsennie). Wydusiłem z siebie obejrzenie przeciętnego "Krwawe Walentynki", Zasnałem ok 5.00 rano.
Dorosłość to Piekło.

piątek, 14 marca 2014

Złe wyniki Taty

Jeden z najgorszych dni w moim życiu. Tata był o neurologa z wynikami z tomografu - jest źle. Są zmiany na dru żebrach i mostku - pytanie, czy nowotworowe, czy nie (np. osteoporoza), jeśli nowotworowe, to czy złośliwe, czy nie, a także czy pierwotne, czy przerzutowe. Koszmar.
Żyła nasza rodzinka szczęśliwie, bez, praktycznie żadnych chorób, od co najmniej Tatowej choroby (zapalenie żył w nogacvh) z początku lat 70tych, dobre 40 lat. I może być szlus.
Nie umiem tego ogarną, martwię się bardzo, a jednocześnie , perwersyjnie, zaczynam mysleć o najgorszym, może żeby się niejako przygotować mentalnie..
Cięzko mi wczoraj było nie płakać - chyba Tata jest jedyny, który do sprawy podchodzi z werwą, niejakich humorem i bez histerii.
Nie chce mi się nic więcej pisać - bo nic więcej nie ma znaczenia.Odpisałem w pracy list do Moniki, porobiłem trochę angola, napisałem opinię dla Dzierżanowskiej...co mnie to wszystko w sumie obchodzi...
Źle spałem, wieczorem, w  nagrodę dla Ani (została laureatką swego konkursu geograficznego - ma tzw "paszport licealisty" - prawie bez egzaminów wstęp do ogólniaka - brawo) oglądaliśmy kolejnego Pottera, zasnąłem na ponad godzinę, a potem w nocy nie mogłem spać.
Dorosłość to piekło, napisał kiedyś Lovecraft. Ma rację.

czwartek, 13 marca 2014

Środa

Tak mnie niesprawiedliwy wyrok sądu zdenerwował, że aż nie mogłem chwili dospać, i, mimo tego, że pozwoliliśmy Ani dzień w domu posiedzieć celem podleczenia kataru (a tym samym porannej pobudki nie było) i tak się ok. 6.00 obudziłem. A zasnąłem uprzedniego wieczora, usiłując obejrzeć Shock - film  z Vincentem Price z 1946 roku, też blisko o 3.00. Zatem dwa dni spania po 3 godziny na dobę. Nieźle...
W pracy typowy, nudnawy dzień, nieco na fajki powychodziłem, tradycyjny obiad w tradycyjnym gronie (bardzo smaczny karczek w sosie angielskim), jakieś opinie, telefony, spotkania...Głównie pisałem "umowę o świadczenie usług" dla Wojtka. Luckily wpadłem na myśl, by jej kształt oprzeć o umowę konsultingowo/prawniczą SKS i ,pomimo tego, że prawie wszystko trzeba było zmieniać, jakieś takie coś się jednak urodziło.
Zrobiłem również test z angola, co dostałem o lektorki. Łatwiejszy się wydawał od tych z "Vince"a, które mnie wczoraj tak rozłożyły wieczorem, no, ale nie mam klucza do niego, to się końcowo może okazać, że też go położyłem.
W samochodzie gra DIMMU BORGIR - Death Cult Armageddon. Dimmu to Dimmu, przystępne (jak na black metal), brzmienie, patenty, melodie, orkiestrowy rozmach, banał, puste fragmenty muzyki, bez ukształtowanego wątku...przeciętnizna generalnie, co jakiś czas przecinana bardziej udanym fragmentem.
Wieczorem, po powrocie do domu wysłuchałem całego CARPATHIANT FOREST - Strange Old Brew. Hm, z każdym słuchaniem kiepściejsze. O ile na początku lecą takie 2, 3 udane kawałki (zwłaszcza chwytliwe jest takie blackowe boogie - Mask Of The Slave), ale im dalej, tym gorzej. W cięższych kawałkach brak pomysłu na dobrą muzę, tylko łomot, za to te pisane przez Nordavinda jawią mi się black metalową grafomanią. Plumkanie bez sensu i urody, jakieś, kurka, saksofony, obrzydliwe odgłosy....bueeee, lichutkie 3/5 daję.
W telewizji mecze Ligi Mistrzów, ale w zasadzie mnie nie interesują. Borussia gra za tydzień, jak się nie będę bał, to obejrzę.
Wciąż żrę dużo za dużo. Obiecuję sobie, że po powrocie do domu nic a nic, no, szklaneczka może mleka, a kończy się dzikim żarciem mięcha i chleba. Nie dziwota, że wciąż ważę 85 kg, i gębę mam pogrubiałą. Jeśli chcę nieco odmłodnieć wizualnie, jedyna szansa, to te 5 - 8 kg zrzucić. No, ale to trzeba więcej samodyscypliny.
Po kąpieli wieczorne oglądanie - kolejny odcinek "Gry O Tron"(Agusiek znowu przysnął). No i faktycznie - bardzo wyraźny zjazd ! Wleką się te odcinki coraz ślamazarniej, wątki coraz mniej interesujące, jakoś tak paskudnie i brudno wokoło ( a bez dynamicznej akcji) - opowieść grzęźnie podobnie, jak (jak mi mówiła Agata) książka.
Doczytałem "Zaćmienie Słońca" Brzezińskiej. Jak byłem nieprzekonany, tak jestem. Pisać to pani pisarka potrafi, ale historia rozwleczona nad wszelką miarę, dość banalna i zupełnie nieinteresująca, a to źle. Jakieś inne opowiadania chętnie bym jeszcze przeczytał, ale szału nie ma.
Zasnąłem wpół słowa, nawet bez gumowca na zęby przemkowego, zatem wpis muszę, po raz kolejny pisać next day morning.

wtorek, 11 marca 2014

Powrót do pracy (sic!)

Łoż fak, ale dzionek...
Po powrocie, nasączony jeszcze wieczorną kawą fusianką nie zasnąłem aż do 3.30 (kończyłem oglądając krótkiego, nieznośnie ramotowatego, Hitchcocka), jeszcze się w łóżku kręciłem, a tu o 7.00 mnie Agula budzi, żeby zakatarzoną Ankę do szkoły zawieźć.
Ledwo przytomny, bez śniadania, pojechałem z nią, potem jeszcze miałem dość czasu, żeby na BP umyć auto.
A w pracy już czekał Michał z iście paskudną wiadomością. Przegrałem "mój" proces o świadczenie wyrównawcze. No, nie spodziewałem się, napiszę szczerze. To najbardziej niesprawiedliwy wyrok, z jakim się zetknąłem.
Tak mnie siekło, że w sumie cały dzień nie potrafiłem się w sobie zebrać do konkretnej roboty, zatem tak się tylko z kąta w kąt miotałem, ze sześć fajek wykurzyłem, pogadałem o umowie CEE, porobiłem jakieś drobne bzduty na poczcie, przeczytałem dwa pierwsze reportaże z książki 100/XX (oba doskonałe, Brandysa z kampanii wrześniowej i niejakiego Bryły z wizyty w drugstorze w USA na początku XX wieku. Ale będzie frajda z tymi książkami. Super, że je kupiłem).
Na obiad z Pati, Anią i Benkiem. Ja filet w sosie  pieprzowym (wyjątkowo smaczny) i kaszą.
Potem chwilę jeszcze czekałem po 17.00 (zacząłem opowiadanie Anny Brzezińskiej "Zaćmienie Serca" ale mnie nuży setnie, taki leniwy snuj fantasy...charande znacznie jednak lepsza), potem odebrałem Ankę z Jej Aliansu Franse i dawaj do domu, na pierwszy angielski.
Tutaj na początek konsternacja mała - Renia ma takie opory, że zerwała Agusiowe lekcje, no i Ziemniak został sam. Ja z Izą (lektorka), głównie o FC egzaminie gadałem. No, nie wiem, czy ona mi się podoba...Agulce zrobiłem, jak to ja, dobrą minę do gry, ale zobaczę, czy będzie między nami jakaś chemia...Jak w każdym razie zrobiłem sobie zadania z książki jednej, to dość masakrycznie wypadłem...szyt...
Wieczór cichy, obejrzeliśmy jeden odcinek "Gry O Tron 3", Aga poszła spać, ja se jeszcze chwilę poużywam. Jutro szpetny dzień w pracy, i na lepsze się nie zapowiada.

poniedziałek, 10 marca 2014

Ostatni Dzień W Zakopanem. Powrót.

Ostatni dzień CHOLERA !!! Pieprzony Evernote daje i odbiera możliwość pisania litery "ń". Nie wiem, jakim cudem napisałem poprzednie 4 posty, ale teraz najwyraźniej cóś pieprzło egen i ni chu chu nie potrafiłem zae"ń"ować. Zatem wypierdoliłem Evernota w pizdu (że tak koszarowo to ujmę).
Ponownie :
Ostatni dzień pobytu. Znowu spaliśmy świetnie, zatem pobudka ok. 8.00, śniadanie (zbyt, znowu, obfite : jajecznica, pieczona kiełbaska, salceson, gomułka twarożku z rzodkiewką, chleb i kawa, a nadto pyszny racuch) i, pozostawiwszy Anię w hotelu (później pójdzie na Krupówki na zakupy i deser) pojechaliśmy. Zeźleni wczorajszymi manewrami z blokowaniem tras, zamiast do Jurgowa wybraliśmy Kotelnicę Białczańską (uznałem, że w poniedziałek to już te dzikie tłumy przewalą się, i miałem rację).
Dojechaliśmy widokową trasą na Łysą Polanę, miejsce tuż obok kas znaleźliśmy, karnety dwugodzinne nabyliśmy (trzeba wracać do Ani no i zwalniać pokój hotelowy) i dawaj w górę.
Objechaliśmy po razie każdą trasę, stopniowo kierując się w kierunku najlepszej, FISowskiej czerwonej. Jak na złość ona też była zajęta - jacyś magicy ustawili sobie bramki i trenowali slalom. K-fak !
Nic to, i tak jest po czym jeździć. Śnieg, co typowe, ciapraty i umuldzony, tabuny na dodatek Ultra Beginnerów halsują po stoku z d... z tyłu, ale w sumie jeździło się zacnie.
Po kilku zjazdach postanowiliśmy przenieść się na "Pasieka Ekspress", zatem pognaliśmy na czerwoną (brązowo-czerwoną, żeby być szczerym). Tu umuldzenie okrutne, hordy leszczyków walczą o przeżycie zsuwając się wraz z resztą śniegu na dół, a tam najnieprzyjemniejsza niespodzianka. Takie tłumy, że do poczwórnej kolejki buła ludzi się ustawiła !
No, jak my mamy dwie godziny jazdy, to nie po to, żeby w bułach się gnieść, zatem w tył zwrot i natychmiast wróciliśmy na górę. I super, bo goście z FISowskiej zeszli, trasę otwarto, i godzinę mieliśmy super jeżdżenia na cały gaz, na kantach, po świetnych śniegu, prawie bez ludzi, jak te chomiki.
Uchachani, spoceni (ale nie z wysiłku, bo jazda lajtowa, tylko ze wściekłego upału - 19 stopni w słońcu, w cieniu pod 12 !), zakończyliśmy jazdy i sezon narciarski, kupiliśmy "węgierski kołacz" (jaj waniliowy, Aga cynamonowy) i wróciliśmy do Ani i hotelu.
Szybko zdaliśmy pokój, zapakowaliśmy graty do auta i pojechaliśmy do domu.
Droga gładka i przyjemna, przygrywało nam najpierw XIII Stoleti (Aga zaśmiewała  się z nieustannego "nosferatowania" w tekstach, ale muzyka zacna), a potem składak debest Ronniego Jamesa Dio. Za to GPS dostał piedolca. Straszył "zamknięciem A 4" ponad godzinnym staniem w korkach...nic takiego nie było ! Już rano, jak jechaliśmy do Białki, pierdolił jak potłuczony, durne objazdy planował, nieistniejące blokady widział...fak, do kitu takie"na bieżąco" przewidywanie ruchu.
Na tradycyjnym Orlenie walnęliśmy po MegaHotDogu i bez większych przygód (z mniejszych to Aga się okidała musztardą :-/) dotarliśmy do domu.
W chałupie zimno, 14 stopni (oszczędzamy gaz....kfak..) no i nic w lodówce, to po rozpakowaniu klamorów pojechałem na zakupy. Najpierw odebrałem płyty - WINDIR Arntor i ARCTURUS Aspera Hiems Symfonia, w Merlinie, potem tradycyjny zestaw w eko-sklepie, no i chleb i wędliny w Lewiatanu. Samochód chciałem umyć na Lukoilu, ale akurat jakiś scum se dostawczaka mył, to mnąc przekleństwa w zębach wróciłem do domu.
Agata udała się ze swoimi dziewczynami na fitness, ja wrzuciłem koncert BEHEMOTHA z Jekaterinburga (bonus z "Satanista"). Zagrali same klasyki, z naciskiem na wolniejsze, majestatyczne wałki, brzmienie przyzwoite, choć daleko mu do tego z "Evangelia Heretica", Jeszcze bełkotliwy i bo bólu pretensjonalny film "Satanist Oblivion" dorzuciłem, gdzie panowie bredzą jak połamani, chcąc mnie przekonać, jaka to świetna płyta (a po prostu nienajciekawsze miał Ner pomysły mucyczne, nadto obrazu porażki dopełniają boleśnie odchudzone gitary i wywalony na maksa do przodu bas, przez to dźwięk jest nieco rachityczny, "dziurawy").
Po powrocie Agaty, słuchając jednym uchem Jej opowieści o austriackim wyjeździe Bartków (jak zwykle "sobie dawali", bueee, to już jest nudne...) zakupiłem na Kindelka te dwa tomiszcza 100 reportaży na XX wiek, bo akurat 30 % upustu się w Nexto udało mi wyrwać via INGonline.
Zaskoczenie niemiłe, bowiem o ile sprawnie zamówiłem "Vynalez Skazy" (akurat przyszło pocztą "Bez Reguł"), o tyle kolejnych płyt blackowych już nie, bo Merlinowi znikł punkt na Barona w Tychach! Sakreble ! Kiedy indziej to wyjaśnię, póki co, zrezygnowałem z zakupu.
Temperatura wzrosła do 18 stopni, to wezmę kąpiel (może się nie przeziębię...:-P) i idę spać.
Miałem więcej pisać na blogu o pop-kulturze, skończyłem opowiadania piekielne Agnieszki Hałas i nic, ale najważniejsze to w ogóle pisać. Nad zawartością kontentu (wymiot) popracuję później....

Trzeci dzień w Zakopanem

No i po trzech dniach pierwszy kryzys. Wczoraj wieczorem miast zapisać kolejny dzień runąłem w objęcia Morfeusza i teraz jestem wpis do tyłu...ale po kolei.
Rankiem, zgodnie z przewidywaniami Agi Aniowy ból gardła przeszedł w katar. Zatem po śniadaniu (lekkim, uznałem że wieczorne sensacje trawienne mogą być dobrym punktem wyjścia do Rozsądnego Odżywiania Się), jajeczko sadzone, gomułka twarogu i kromka razowca (bez kawy), ponownie udaliśmy się do Jurgowa.
Tutaj jednak czekała nas niemiła niespodzianka. Nie tylko nie otwarli już w sobotę wyłączonej trasy nr 3 (zawody), to jeszcze zamknęli sporą część trasy 1 (zawody, cholera, geodetów z Pilska...). Biorąc pod uwagę fakt, że ze względu na kiepski śnieg zamknięta została także czarna trasa nr 2 (wszystkich rozsądnych tras w Jurgowie jest 3), no, to nie było za bardzo po czym jeździć.
No i fakt, muldy po kolana, zjeżdżających sporo (no bo tylko część jednej trasy była otwarta) a i wczorajsza euforia narciarska gdzieś prysła (znacznie gorsze technicznie jeżdżenie, zbyt mocno na tyłach znowu) spowodowały, że frajdy dużo mniej.
W sumie najlepiej się jeździło na tej zamkniętej czarnej dwójce, bośmy, podobnie jak niektórzy inni desperaci, przełazili pod siatką zamykająca i gnali w dół, mimo przetarć i wykamienień. Na górze strzeliliśmy sobie po oscypku z żurawiną. Przepyszne !
Szczęśliwie tylko dwie godziny mieliśmy, tośmy się nie wynudzili nadto i szybko wrócili do Zakopca. Jako, że niedziela, zajechaliśmy do kaplicy na Jaszczurówkę pomodlić się (pod drodze zaczęliśmy słuchać XIII Stoleti Nosferatu), a potem do Ani do hotelu i na spacer długi.
Najpierw udaliśmy się pod Wielką Krokiew, potem Ścieżką Pod Reglami do Doliny Białego (piękna, niczym austriackie wąwozy, lochy i klammy), a następnie, szerokim spacerem przez miasto wróciliśmy na obiad do Dobrej Kaszy Naszej (ja się po drodze użarłem, żeby w empiku kupić multiscyzoryk, ale że nie po drodze było, to odpuściłem). Ja tym razem Ostrą Marchewkę z Imbirem (pyszna, choć nie ostra), Aga Kiełbaski z Jabłkami, a Ania Brokuły z Kukurydzą. Bardzo smacznie, całkiem niedrogo (w sumie 70 zł z dwoma piwami i dwoma herbatami).
Powrót do hotelu, po kusztyczku góralskiej miodunki i czekamy na drugi odcinek Holmesa. Zdrowo na nim przysypiałem, choć doczekałem końca, no ale  zapisać bloga już nie dałem rady, dlatego dziś rano uzupełniam.

sobota, 8 marca 2014

Drugi dzień w Zakopanem

Nigdzie nie śpi się tak dobrze, jak w "Patrii". Jak wczoraj zasnęliśmy przy "Czterech Pancernych", tak między 22.00 a 23.00, tak spaliśmy do 8.00 rano. Kompletna cisza i dobre powietrze, to i człowiek śpi na zabój.
Rano Anka oznajmiła, że ją gardło boli, w związku z czym zdecydowała się zostać w pokoju.
Po śniadaniu (dziewczyny wzięły po świeżo robionym omlecie, ja zdecydowałem się na gotową już jajecznicę i pieczoną, niestety mocno za słoną, kiełbaskę), pojechaliśmy z Agą do Jurgowa. Po drodze skończyliśmy nową Gagę, a wracając grała Kesha "Warrior" (znakomita płyta).
Trasa z GPS powiodła nas jakimiś pierońskimi skrótami (przez Brzegi), za to szybko i sprawnie (na ostatniej prostej tubylec nas podpilotował) pod wyciąg.
No, super. Ludzi nader niewiele (WCALE kolejek !), trasy bardzo przyjemne, śnieg naturalnie ciapraty i zmuldzony (a jaki ma być w gorącym marcu...) ale najwyraźniej coś w nas klikło - i okazało się, że potrafimy już jeździć po takiej nawierzchni. Wystarczy położyć nartę w mocniejszy kąt, kanta się mocniej wbija i jedzie się, że ho ho. Tyle, że upał faktycznie dawał się we znaki. I tak na szczęscie w samochodzie pozbyłem się (ku uciesze Agatki) kalesonów, vel Getrów Termoaktywnych Męskich, a zarzuciłem też jazdę z szaliczkiem.
Mimo to obydwoje mokrzy byliśmy, jak po ciężkiej pracy, a to z upału.
Popoiliśmy tylko coli/energetyka, zjedliśmy ciacho malinowe i galaretkę (jedno kupiliśmy dla Anki), i, po jakichś 4 godzinach wróciliśmy do hotelu.
Tu najpierw prysznic, żeby się po tym gorącu odświeżyć, potem po piwku, i chwila relaksu.
Po 17.00 wyszliśmy na miasto, z intencją wizyty w "Pstrągu Górskim", który miał być superhiper (po drodze kupiłem dziewczynom skuli Dnia Kobiet po róży; najpierw jojczyły, że tylko pieniądze wydaję, ale potem się okazalo miło, a różyczki ładne).
Niestety, mimo smacznego rosołu z kurkami dla Agi i kwaśnicy dla mnie (jeszcze za nią beknę...) zamówione przez Ankę rydze na maśle z patelni okazały się wielką porażką. Przypalone, suche i gorzkie...na szczęście kelnerka, po reklamacji Agi, stanęła na wysokości zadania i nie policzyła nam tych rydzów. Mój pstrąg z boczkiem i serem, oraz Agaty w sosie cytrynowo ziołowym były już bez zarzutu.
Wracając zahaczyliśmy o McDonalda (żeby się Ania dożywiła), no i dobrze, bo mnie po kwaśnicy dopadły niejakie niedyspozycje żołądkowe (konkretnie mnie wyczyściło poniekąd..., jak piszę tylko dla siebie, to mi wolno), nic to jednak, po powrocie do pokoju mamy plan na resztę wiśniówki i kolejny odcinek "Czterech Pancernych" ("Most", jak walczyli na Pradze i zostali ranni).
Plan uległ zmianie o tyle, o ile Anna myła gowę tak długo, że oglądanie Pancernych straciło sens. Wszyscy poszliśmy zatem spać, ja posłuchałem w całości rewelacyjny 1184 WINDIR. Miód