sobota, 8 marca 2014

Drugi dzień w Zakopanem

Nigdzie nie śpi się tak dobrze, jak w "Patrii". Jak wczoraj zasnęliśmy przy "Czterech Pancernych", tak między 22.00 a 23.00, tak spaliśmy do 8.00 rano. Kompletna cisza i dobre powietrze, to i człowiek śpi na zabój.
Rano Anka oznajmiła, że ją gardło boli, w związku z czym zdecydowała się zostać w pokoju.
Po śniadaniu (dziewczyny wzięły po świeżo robionym omlecie, ja zdecydowałem się na gotową już jajecznicę i pieczoną, niestety mocno za słoną, kiełbaskę), pojechaliśmy z Agą do Jurgowa. Po drodze skończyliśmy nową Gagę, a wracając grała Kesha "Warrior" (znakomita płyta).
Trasa z GPS powiodła nas jakimiś pierońskimi skrótami (przez Brzegi), za to szybko i sprawnie (na ostatniej prostej tubylec nas podpilotował) pod wyciąg.
No, super. Ludzi nader niewiele (WCALE kolejek !), trasy bardzo przyjemne, śnieg naturalnie ciapraty i zmuldzony (a jaki ma być w gorącym marcu...) ale najwyraźniej coś w nas klikło - i okazało się, że potrafimy już jeździć po takiej nawierzchni. Wystarczy położyć nartę w mocniejszy kąt, kanta się mocniej wbija i jedzie się, że ho ho. Tyle, że upał faktycznie dawał się we znaki. I tak na szczęscie w samochodzie pozbyłem się (ku uciesze Agatki) kalesonów, vel Getrów Termoaktywnych Męskich, a zarzuciłem też jazdę z szaliczkiem.
Mimo to obydwoje mokrzy byliśmy, jak po ciężkiej pracy, a to z upału.
Popoiliśmy tylko coli/energetyka, zjedliśmy ciacho malinowe i galaretkę (jedno kupiliśmy dla Anki), i, po jakichś 4 godzinach wróciliśmy do hotelu.
Tu najpierw prysznic, żeby się po tym gorącu odświeżyć, potem po piwku, i chwila relaksu.
Po 17.00 wyszliśmy na miasto, z intencją wizyty w "Pstrągu Górskim", który miał być superhiper (po drodze kupiłem dziewczynom skuli Dnia Kobiet po róży; najpierw jojczyły, że tylko pieniądze wydaję, ale potem się okazalo miło, a różyczki ładne).
Niestety, mimo smacznego rosołu z kurkami dla Agi i kwaśnicy dla mnie (jeszcze za nią beknę...) zamówione przez Ankę rydze na maśle z patelni okazały się wielką porażką. Przypalone, suche i gorzkie...na szczęście kelnerka, po reklamacji Agi, stanęła na wysokości zadania i nie policzyła nam tych rydzów. Mój pstrąg z boczkiem i serem, oraz Agaty w sosie cytrynowo ziołowym były już bez zarzutu.
Wracając zahaczyliśmy o McDonalda (żeby się Ania dożywiła), no i dobrze, bo mnie po kwaśnicy dopadły niejakie niedyspozycje żołądkowe (konkretnie mnie wyczyściło poniekąd..., jak piszę tylko dla siebie, to mi wolno), nic to jednak, po powrocie do pokoju mamy plan na resztę wiśniówki i kolejny odcinek "Czterech Pancernych" ("Most", jak walczyli na Pradze i zostali ranni).
Plan uległ zmianie o tyle, o ile Anna myła gowę tak długo, że oglądanie Pancernych straciło sens. Wszyscy poszliśmy zatem spać, ja posłuchałem w całości rewelacyjny 1184 WINDIR. Miód

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz